poniedziałek, 16 września 2013

56. Kilarney i Dingle Bay, Irlandia cz. 4

Czwartego dnia pokonaliśmy naprawdę sporo kilometrów. Żeby droga tak bardzo nam się nie dłużyła, zrobiliśmy mały postój w Kilarney, które okazało się całkiem uroczym miejscem. Oczywiście każde miejsce, urocze czy nie, jest dobrym miejscem na zakupy. Przynajmniej według hostki. Dlatego w biegu cyknęłam kilka fotek...


Widzicie te góry w tle? Takie widoki były praktycznie w każdej wiosce. I wszędzie po drodze :D





I pojechaliśmy dalej :). Dingle Bay jest przecudowne. I żeby zapamiętać, jak się to cholerstwo nazywa, użyłam skojarzeń. Jak nic Dingle Bay kojarzy mi się z Jingle Bell :). Dingle jest uroczym nadmorskim miasteczkiem, które słynie z delfina-rezydenta, które osiedlił się tu na stałe i stał się wielką atrakcją turystyczną. Tuziny ludzi dziennie wykupuje rejs jednym z edukacyjnych jachtów z przewodnikiem i wyrusza na spotkanie z uroczym Fungie, który lubi się bawić w chowanego. Ponieważ chłopcy strasznie się napalili na delfina, ja zresztą też, hostka wykupiła nam wycieczkę jachtem i wyruszyliśmy :). Wiało, mroziło i kołysało, ale Edek był na tyle szarmancki, żeby zaoferować mi, żebyśmy się przytulili, to będzie nam cieplej razem :D. Za wiele to nie pomogło, ale przecież mu tego nie powiedziałam :).




Oprócz Fungie, który jest główną atrakcją, oglądaliśmy też klify. Wreszcie klify! I powiem wam, że zrobiły na mnie jeszcze większe wrażenie niż myślałam. Są przepiękne i wieeelkie. I takie... majestatyczne. Budzą grozę i zachwyt. Absolutnie się zakochałam...








Po rejsie ostatni raz spojrzeliśmy na port, wspaniałe klify i... odjechaliśmy.


Tego samego dnia w drodze powrotnej moczyłam stopy w oceanie :). Założyłam się z chłopakami, że zrobię 30 kroków. Stałam w trampkach i podchodziłam coraz bliżej, więc spokojnie przyjęli zakład. A ja w tej samej chwili zdjęłam buty, skarpetki, podwinęłam spodnie i potruchtałam 30 kroków wgłąb :D

Troszkę ich wmurowało :D

niedziela, 15 września 2013

55. Cork, Irlandia - cz. 3

Po Blarney i zakupach w Woollen Mills, które podobno jest największym sklepem z artykułami irlandzkimi na świecie, wybraliśmy się na wycieczkę do Cork. Która przerodziła się w prawdziwy maraton po sklepach, kręgielniach, jadalniach i innych '-ach'. Bardzo żałuję, ale praktycznie nic nie zwiedziliśmy. Było nudnawo, ładnie i szybko.

Cała nasza wycieczka, czyli (od lewej) Emily, Młody, hostka, Edek i mama Emily - Joanne 

Niesamowicie podobają mi się dwujęzyczne tablice - bardzo chętnie bym taką zwędziła i zawiesiła w swoim pokoju

Ponieważ nie mam żadnych interesujących zdjęć z Cork, przedstawię Wam nasz pokój oraz prezenty, które dostałam od Emily. Która tak nawiasem mówiąc mnie pokochała. Warto wyjaśnić, że mama Emily i moja hostka są prawie jak siostry, dlatego codziennie wieczorem kończyliśmy u nich w domu, jedząc (chłopcy), pijąc (hostka) i bawiąc się z Emily - lat 8 (ja).

Tak, to rolka po papierze toaletowym. I tak, ma oczy. A to białe w poprzek to usta :D


Spaliśmy wszyscy w jednym pokoju. Mimo moich obaw - nie było tak źle. Rotacja łazienkowa była całkiem dobrze rozplanowana, hostka chrapała jak piła łańcuchowa, chłopcy ciągle kłócili się o porę spania, a au pair? Au pair padała jak długa zaraz po wyjściu spod prysznica :D

Moje łóżko. To obok było Młodego

A tu spała hostka i Edek
C.d.n.

środa, 4 września 2013

54. Irlandia, Blarney - cz. 2

Pocałowanie kamienia w Blarney Castle znajduje się na liście 99 rzeczy, które wg Discovery Travel musisz zrobić przed śmiercią. Kiedyś było to niesamowite wyzwanie, bo kamień znajduje się w miejscu, z którego łatwo można spaść i trzeba się nieźle wychylić. Teraz jednak zrobiła się z tego atrakcja turystyczna, która jest bezpieczna i z wyzwaniem nie ma nic wspólnego. Postawny pan siedzi sobie na brzegu, trzyma śmiałka w pasie i pokazuje rurki, których należy się trzymać. Dodatkowo przed spadnięciem ze sporej wysokości zabezpieczają nas kraty i kolejny pan, który stoi obok i cyka fotki za 10 euro sztuka. Pocałowałam, ale na fotkę mi było szkoda. Pomińmy tutaj już ten drobny szczegół, ze Kamień Blarney znajduje się obecnie w USA, bo Amerykance kupili go w latach 40-tych za milion dolarów (na dzisiejsze, jak Edek przeliczył, a ja mu wierze, to około 64 miliony. Funtów).




Do kamienia, który znajduje się na szczycie zamku prowadzą bardzo nieprzyjemnie skręcające, wąskie i płytkie schodki kamienne. Myślałam, że wykituje, zanim tam doszłam, ale jak się okazało, Wodospad Torc był gorszy i taki zameczek Blarney nie powinien w ogóle na mnie robić wrażenia. 


Sala, w ktorej odbywaly sie uczty. Kuchnia znajdowala sie wyzej i zeby zejsc do sali trzeba bylo pokonac te urocze, krete i waskie schodki. Wspolczuje tym, ktorzy musieli nosic potrway z kuchni...
Wokół zamku można sobie obejrzeć ogrody, posiedzieć w otoczeniu przyrody, zrobić piknik, przejść się na fajny spacerek po ogrodzie Irlandzkim albo Zatrutym i w ogóle całkiem sporo sobie... pochodzić. O, i są jeszcze dwie jaskinie, do których można sobie wejść. 








Nie rozumiem przekazu, ale podobno jakis jest...







I ta przyjemność (znaczy się wstęp do Zamku i ogrodów) kosztuje 12 euro od osoby. Zamek jest ładny, Kamień Elokwencji (bo podobno pocałowanie go obdarzy śmiałka elokwencją) można pocałować za darmo - za darmo tez można dostać cały wachlarz choróbsk, które mieli w ustach poprzedni śmiałkowie, ogrody są zielone, zadbane, roślinki trujące w malej ilości i nieimponujące, a jaskinie płytkie, ale całkiem sympatyczne.


Chłopcom się chyba podobało...?

poniedziałek, 2 września 2013

53. Walia, Pembroke - wycieczka do Irlandii cz.I

O podróży do Irlandii marzyłam już jako mała dziewczynka. Kojarzyła mi się z niesamowitą zielenią, dziką naturą, prostotą. Miałam nawet przez pewien czas fazę i przeszukiwałam czeluście internetu w poszukiwaniu zdjęć, informacji o tradycjach, kulturze, ciekawych miejscach...

Wyobrażacie więc pewnie sobie, jak bardzo się ucieszyłam, kiedy hostka zaproponowała mi, żebym pojechała z nią i chłopcami w okolice Cork! Przez kilka tygodni nie dopuszczałam do siebie za bardzo myśli o tym, że wreszcie mogłabym tam być, bo z moja hostką nigdy nic nie wiadomo. Zawsze ma mnóstwo planów, a potem jej się wszystko psuje. Ale kiedy przesłała mi informacje o promie, zabukowanym pokoju w B&B - mogłam się wreszcie cieszyć.

Nasza podróż zaczęła się z lekkim poślizgiem, co nie było w sumie żadnym zaskoczeniem. Hostka zawsze wyrusza wszędzie z opóźnieniem i zazwyczaj udaje jej się zdążyć. Nie tym razem... Nie wiem, czy to przez beztroskie stawanie na każde żądanie chłopców, czy przez opieszałość innych kierowców, spóźniliśmy się na nasz prom. 1 minutę. Tak, jedną minutę się spóźniliśmy. A następny prom ooo... 2.35. W nocy. Czyli bagatela 12 godzin czekania.

Chłopcy chcieli koniecznie zobaczyć wodę (nie ukrywam, że ja też), więc podjechaliśmy kilkaset metrów dalej i zaparkowaliśmy tuż przy porcie...

Wróć. Miałam na myśli, że prawie nam się udało zaparkować przy porcie. Ale hostka zobaczyła sklepy. A chłopcy McDonalda... Przecież żadna okazja na zakupy i jedzenie w fast foodzie nie może zostać zmarnowana...

Takie tam palemki na parkingu. W oczekiwaniu na hostkę, która wyszła tylko po parę drobiazgów...


a poteeem... Do jeszcze kilku sklepów. Ale to nieistotne. Potem do portu.



I tam spedzilismy kilka godzin szwędając się, robiąc milion zdjęć, czytając, dziugajac, biegając, walcząc i robiąc wszystko, żeby dwóch żywych chłopaków nie zanudziło się na śmierć ;p



To na dole - włosy Młodego - próbował wciąć się w kadr ;p



Pan dzielnie probowal cos zlowic, ale przez te siedem godzin, przez ktore go obserwowalam - nawet jednego brania nie bylo ;p

Tak Edek dusi Mlodego. Codziennie kilka razy dziennie ;p

A Mlody najwidoczniej tak lubi...


Żaden postój nie jest postojem, dopóki nie znajdziesz pubu i w nim nie posiedzisz: