czwartek, 24 kwietnia 2014

92. Szlakiem otwockich ruin... Zofiówka

Przez ostatnich kilka tygodni dużo się w moim życiu zmieniło. Wydarzyło się kilka rzeczy, które... trochę mnie przedefiniowały. Długo zastanawiałam się, co zrobić z tym blogiem, co na nim zamieszczać, czy zmieniać jego charakter. Jak wrócić do codzienności i do pisania. Postanowiłam, że będę kontynuowała to, co robiłam do tej pory i zachowam dla siebie wszystko to, co nie jest Wam, jako Czytelnikom, potrzebne do prawidłowego odbierania tego bloga. Postanowiłam również nie dzielić się tym z moimi przyszłymi pracodawcami, dlatego nie będzie żadnych zgrzytów z wersjami i wszystkimi opowieściami zamieszczanymi na blogu.

Przejdźmy więc może do mojego ostatniego pobytu w Polsce. Razem z Martyną, która gościła u mnie na blogu przy okazji jej wizyty w UK, postanowiłyśmy pozwiedzać ruiny w moim rodzinnym mieście - Otwocku. Zabrałam zatem moją nową lustrzankę, ona zabrała swój wszystko umiejący telefon i ruszyłyśmy w podróż. Na pierwszy ogień poszła dosyć znana Zofiówka.

Historia Zofiówki budzi lekkie przerażenie. Założony w 1908 roku Zakład dla Nerwowo i Psychicznie Chorych Żydów "Zofiówka" działał sprawnie aż do II wojny światowej, kiedy to znalazł się na terenie 'getta kuracyjnego', w którym przeprowadzono operację T4, czyli eksterminację chorych psychicznie, w wyniku czego zmarło tam około 140 osób, w tym matka Juliana Tuwima, przebywająca na terenie zakładu po probie samobójczej. W latach 50-tych znaleziona na terenie 'Zofiówki' około 100 ciał pochowanych w zbiorowej mogile. Niemcy urządzili tam placówkę Lebensborn, czyli miejsce, w którym miały się rodzić aryjskie dzieci. Miejsce zostało ostatecznie opuszczone w 1998 roku i od tamtego czasu stoi puste i wolne dla zwiedzających.




Zofiówka składa się z dwóch budynków. Ten powyżej jest zamknięty i dostać się do niego można przez okna. Tym razem nie próbowałyśmy, ale po przygodzie z pewnym domem kultury, nie wykluczam rewizytacji właśnie ze względu na niezwiedzone wnętrze. Znacznie większy budynek znajduje się natomiast około piętnastu metrów dalej i przyprawia o dreszcze już od pierwszego pomieszczenia. A zaczęłyśmy od piwnicy...



Powędrowałyśmy na parter...


I zostałyśmy ostrzeżone:




Po drodze pojawiało się więcej dziwnych i trochę przerażających napisów...





Łazienki...


 Niekończące się korytarze:


Trochę więcej dziwnych napisów:



A nawet ścienne mądrości:


I latające świnie:




I Martyna tworząca kolejne fotograficzne arcydzieło:


Więcej korytarzy:



I więcej napisów


Część Zofiówki spłonęła kilka lat temu, a po pożarze zostały zgliszcza i osmalone ściany:





Jakiś Hulk wybił dziurę w ścianie, bo za daleko mu było do drzwi...





Zdjęcie, oczywiście, Martyny!
I to również Martyny:


Weszłyśmy nawet na dach. Na którym rosły brzózki i małe choinki:






A tak budynek wygląda z zewnątrz. Może i niepozornie, ale... jest w tym miejscu jakiś smutek, strach i ten niepowtarzalny nastrój opuszczonego budynku, który skrywa w sobie tyle historii...


W następnym wpisie następne ruiny - tym razem Sanatorium Hanki Sawickiej, Szpital Gruźliczy i... niespodzianka!

Dajcie znać, czy podobają Wam się takie wpisy!

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

91. Wyspa Harris - podstawowe informacje

Jak się człowiek nudzi (czyt. powinien się uczyć), to znajduje sobie różne pożyteczne zajęcia. Na studiach było to sprzątanie całego mieszkania, pranie absolutnie każdej rzeczy, która mogłaby być wyprana, prasowanie, segregowanie notatek, kosmetyków, długopisów (w tym sprawdzanie, które jeszcze piszą), obrywanie suchych liści z doniczkowych roślinek... Mogłabym wymieniać i wymieniać, bo przed sesją człowiek się robi niesamowicie kreatywny w kwestii znajdowania pożytecznych rzeczy, które mogłyby przeszkodzić mu w nauce.

Ponieważ za mną już sprzątanie pokoju i łazienki, następne pranie jest wstawione, a kwiatek (jedyny ocalały) trzyma się nad wyraz dobrze i nic mu obrywać nie trzeba... Zaczęłam przygotowywać się do wyjazdu do Szkocji. Przynajmniej psychicznie i od strony informacyjnej. Przejechałam się już główną drogą (tak, jedną) w google street view, znalazłam kilka miejsc, które chciałabym odwiedzić i... postanowiłam się z Wami tym podzielić (w ramach unikania nauki:)

Najpierw kilka podstawowych informacji:

HEBRYDY ZEWNĘTRZNE
Czyli archipelag około 200 wysp, w tym Harris, Lewis, North Uist, Barra... I 190 innych. Czyli jednym słowem te najdalej na północny zachód od Szkocji. Charakteryzują się niskim zaludnieniem, dziką przyrodą, życzliwością mieszkańców i byciem wypizdówkiem:


HARRIS&LEWIS
Niby dwie nazwy, a wyspa ta sama. Podział między nimi wynika z ich ukształtowania terenu. Lewis jest raczej nizinna i składa się głownie z wrzosowisk, natomiast Harris jest górzysta i doliniasta. Na wyspę można dotrzeć promem z wyspy Skye (Hebrydy Wewnętrzne)


WYSPA HARRIS
Wyspa Harris dzieli się na dwie części - Północną i Południową, co można zauważyć już patrząc na mapkę. Dzielą je dwa jeziora Tarbert - Wschodnie i Zachodnie. Łączy natomiast wąski przesmyk, w którym znajduje się miejscowość Tarbert. Do wyspy Harris należałoby również dołączyć wyspę Scalpay, której populacja wynosi całe okazałe 322 mieszkańców i jest połączona z Harris mostem. Harris też imponuje zaludnieniem - w 2001 roku doliczono się aż 1984 mieszkańców. Tak, na całej wyspie. Przypomnę tylko, że Eaton Bray, czyli moja wioska posiada mieszkańców aż 3205... Yhm.

AMHUINNSUIDHE
Czyli miejsce, w którym znajdę się już za miesiąc. Podczas rozmowy z moją przyszłą hostką padło kilka pytań na temat lokalizacji tegoż niewymawialnego dla mnie miejsca. Mówiła o baaaardzo spokojnym miejscu, odludziu i tym podobnych, ale zakładałam, że troszkę przesadza, żeby się upewnić, że mi pasuje życie w małym miasteczku. Otóż okazuje się, że to nie miasteczko. Tylko posiadłość. I o ile w ciągu sezonu turystycznego w posiadłości mieszkają sezonowi pracownicy w liczbie 25 plus rodzinka hostów i ja, o tyle poza sezonem populacja posiadłości Amhuinnsuidhe wynosi... cztery. Tak, CZTERY. Za to jest pięknie, spokojnie i... Jezu, kogo ja oszukuję, NUDNO TAM MUSI BYĆ! No nie, kiedy są turyści, pracownicy i słoneczko nad morzem, ale czy wy sobie wyobrażacie żyć w posiadłości w czwórkę, w zimie, kiedy te jednopasmowe drogi zasypie śnieg? To jest dopiero definicja spokoju, ciszy i odludzia. No żeby nie było, w odległości kilku kilometrów są inne miasteczka, w których mieszkają jacyś ludzie, ale swoją liczebnością też nie powalają na kolana...


Nie zrozumcie mnie źle. Niesamowicie się cieszę, że tam jadę. Teraz, kiedy wiem, jak to naprawdę wygląda, cieszę się nawet bardziej, bo to prawdziwa okazja i wiem, że rzadko takie oferty się trafiają, ale mieszkać bym tam mogła tylko na starość... I dzieciom bym w życiu tego nie zrobiła...

Jeśli zaś chodzi o plaże i miejsca, które chcę odwiedzić, oto mała zajawka:

1. Luskentyre Beach, podobno jedna z najpiękniejszych na wyspie


2. Hushinish Beach, czyli nasza lokalna plaża


3. Broch w Dun Carloway


4. Plaża Tolsta


5. Butt of Lewis


6. Odrestaurowane, tradycyjne domy w wiosce Gearrannan.


7. Plaża Mangurstadh


8. Kamienny krąg Callanish z III w. p.n.e.

9. St Clements Church


10. Lews Castle


Oprócz tego planuję kilka szybkich wypadów na wyspę Skye, a przynajmniej jej północną część.
Mam nadzieję, że zostaniecie ze mną i będę mogła dzielić się z Wami moimi nowymi doświadczeniami i relacjami z podróży :)

niedziela, 30 marca 2014

88. Spacery czas zacząć!

Wczoraj, po przeczytaniu kilku postów mobilizujących do ruchu, spacerów i aktywności, postanowiłam wrócić do mojego ulubionego rodzaju ćwiczeń - spacerów. W czasach, kiedy jeszcze żaden z moich znajomych nie miał czegoś takiego jak prawo jazdy, moja najlepsza przyjaciółka - Kamila i ja zwykłyśmy urządzać sobie piesze wycieczki po całym Otwocku. Najczęściej w weekendy i dni wolne, ale zdarzało się i w ciągu dni szkolnych. Potrafiłyśmy przełazić cały dzień, od jednych znajomych do drugich, odwiedzając wszystkie miejsca, które przyszły nam do głowy, nabijając w ten sposób od groma kilometrów.
Ponieważ teraz do pracy chodzić nie muszę, sklep mam na końcu ulicy, a do innych miejsc dowozi mnie autobus albo pociąg, nie mam dużo pretekstów do spacerów. Te z psami ograniczały się do tej pory do dwóch tras, niezbyt długich, raczej niewymagających fizycznie no i trochę nudnych. Dlatego postanowiłam, że się wybiorę na taki krajoznawczy spacer, podczas którego porobię sobie może jakieś zdjęcia, wypróbuję opcje aparatu i trochę pokombinuję z ustawieniami.

Musicie wiedzieć, że moje miasteczko jest dosyć kameralne. Pewnie kiedyś wspominałam, że ma trochę ponad 3tyś mieszkańców i jest taką małą wiochą. No i moje doświadczenie z aparatem wciąż jest jeszcze żenująco niskie. Mimo wszystko, zapraszam :)


To jeden z kościółków w naszej wiosce - Kościół metodystów.


Ten dom niesamowicie mnie zawsze fascynuje. Wygląda bardzo urokliwie i tajemniczo, a ja nigdy nie odważyłam się cyknąć więcej niż jednego zdjęcia na raz:


Szkoła i przedszkole:


Kościół Św. Marii. Został zbudowany na jednym z wyższych wzniesień w okolicy i widać go z prawie każdego miejsca w wiosce. Pochodzi z okolic XIII wieku, a do środka można wejść tylko raz w roku, nigdy nie udało mi się trafić na ten dzień...




 Za kościołem znajduje się długa droga prowadząca przez pola i wzgórza, a na samym końcu drogi... bar :). Dzisiaj albo w najbliższy wolny dzień mam zamiar się tam wybrać. Wczoraj wyszłam za późno i wracałabym w ciemnościach...



czwartek, 13 marca 2014

84. Przeprowadzam się!

Ostatnie trzy dni były mieszanką stresu, nadziei i podekscytowania. Nieoczekiwanie zdecydowałam się na kolejny wyjazd jako au pair i aktywowałam swój profil na greataupair. Nie liczyłam na szybkie znalezienie rodzinki i był to w pewnym sensie strzał na ślepo. Myślałam o tym, jako jednej z opcji, a nie jedynym wyjściu. Dlatego wycyrklowałam moje oczekiwania i stwierdziłam, że tym razem nie będę zgadzać się na wszystko, byle tylko gdzieś pracować. Chciałam, żeby TA przygoda była prawdziwa i moja. Wymarzona. W ten sposób ograniczyłam swoje życzenia do miejsca blisko wody, albo blisko miasta. Najbardziej chciałam Londyn albo Szkocję. Londyn ze względu na Kamilę, a Szkocję, bo pokochałam jej krajobrazy i chciałam mieć szansę na zwiedzenie większej jej części bez konieczności spędzania kilku godzin w pociągu w jedną stronę i braniu kilku dni wolnego.

I, jak się okazało, trafiłam prawdopodobnie na jedyną rodzinkę, która poszukuje au pair na szkockich wyspach. W ten sposób zainteresowała się mną rodzina z miejscowości, której nazwy absolutnie nie potrafię przeczytać, a która znajduje się nad samym morzem, ma swój własny zamek i jest położona nad 3 najpiękniejszą plażą na świecie! Achhh! Cóż za przygoda, co za okazja!

I płacą przyzwoicie, i dadzą mi samochód do dyspozycji, no i dzieci są słodkie i w odpowiednim wieku...

Aaaaaa! Będę mieszkać na Wyspie Harris!