wtorek, 17 czerwca 2014

103. Hike na drugą stronę wodospadu

Co prawda hike był dwa tygodnie temu i wstyd trochę dodawać posta o wydarzeniach tak dalekich, ale to moja pierwsza piesza wycieczka w dzikie tereny bez ścieżek i szlaków, więc szkoda by było zostawić ją bez opisu. Tamtego dnia, a był to piątek, słońce świeciło jak szalone. Było pięknie, ciepło i leniwie. No, może nie leniwie, bo cały dzień pracowałam, ale nie byłam szaleńczo zmęczona. Wyszłam z Whisp na nasz murek, troszkę sobie pooddychać świeżym, morskim powietrzem i popatrzeć na piękne widoczki. 

Wiecie, co się dzieje, kiedy wychodzicie z psem na zewnątrz i siadacie na murku? Przez pierwsze kilka minut jest bardzo, bardzo miło. Pies chodzi sobie po murku, siada, domaga się pieszczot, przytula się... A potem pies robi się lekko wymagający. Robi takie oczka jak na zdjęciu poniżej i już wiecie, że nie posiedzicie. Jeśli macie chociaż skrawki sumienia, nie oprzecie się temu spojrzeniu... Pójdziecie na spacer, skoro tak ładnie Was prosi...


No to poszłyśmy. Od samego początku zastrzegłam głośno i wyraźnie, że idziemy tylko do końca posiadłości i z powrotem. No może porzucamy kijkiem do wodospadu. Tu miałyśmy zawracać...


I nawet zostałyśmy ostrzeżone, że dalsza podróż może skutkować spotkaniem pierwszego stopnia z potworami...


Widzicie te złotawe plamki? To nie kurz. To meszki. Okropne, irytujące, gryzące i atakujące stadami meszki...

Stwierdziłyśmy jednak, że meszki nam nie straszne i że może przydałoby się jednak trochę więcej ruchu. No bo czemu nie? Ostatnie spojrzenie na to, co za nami i w drogę!

Odkryłam małe jeziorko tuż za pierwszym wzgórzem. Jest urocze i, szczerze mówiąc, bardzo mnie zaciekawiło. Na pewno tam wrócę i dojdę do tego cypelka, który widać na zdjęciu poniżej. Tym razem poszłam w prawo... 


To była niezła wspinaczka. Nie byłam w ogóle przygotowana na taki spacer, więc nie wzięłam kurtki, apaszki, dobrych butów, wody... Niczego nie wzięłam! A cała droga była usłana mchem i wrzosem, który uginał mi się pod nogami. Było stromo, mokro i miejscami trochę niebezpiecznie, zwłaszcza dla mojej biednej kostki, która do tej pory boli mnie, kiedy za bardzo ją nadwyrężam w kiepskich butach... Ale było warto! Spójrzcie na te piękny widok!

Ze wzgórza rozpościera się także bardzo dobry widok na zamek!


Przez chwilę rozważałam powrót do domu w samym środku wędrówki, bo zaczęło się robić z górki i to bardzo stromo... Co oznacza, że w drodze powrotnej będzie baaaardzo stromo w górę!




Ale zdecydowałam, że jak już tyle przeszłam, mało nie skręciłam kostki na tych wrzosach i króliczych dołach, to szkoda by było teraz zawracać.


Zwłaszcza że pogoda była po prostu wspaniała, słońce pięknie świeciło, a pstrykanie zdjęć było takie miłe!



W którymś momencie planuję także przejść się na ten cypelek, który widać na zdjęciu. Co prawda nie za bardzo można tam chodzić, bo ogród i specjalnie wyznaczona ścieżka jest tylko dla gości zamku, ale na pewno kiedyś uda mi się przemknąć!


A tutaj mój van i dom o zachodzie słońca...


Do przeczytania!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jeśli zostawiasz komentarz, podpisz się, proszę, żebym wiedziała, jak się do Ciebie zwracać.